RSS
poniedziałek, 18 lutego 2013

Na zakończenie parę złotych myśli :-)

Małpka

L: "Chciałabym taką małpkę. Jest lepsza niż facet. Dotrzymuje towarzystwa i jest na co popatrzeć."

Byt kształtuje duchowość

Zażywałyśmy luksusów, a co! W porównaniu z poprzednimi wyjazdami, hotele były niemalże hiltonami. Prawie zawsze klima, czasem apartament, większość wymodlona przez Nel.

GK w Phnom Penh (apartament z 60 m2, klima, "świetlica", balkon): "Chyba zacznę wierzyć w Gosię, bo w Boga na pewno nie."

Seria pt. "Ale jaja!"

"Nie oczekuj od kury, żeby uczyła się na przykład matematyki."

"Pan barman najwyraźniej uczył się matematyki od kur." (to o tym miłym chłopcu, co się chwiał nad rachunkiem)

"Położymy się z kurami, a będziemy się budzić za każdym pianiem koguta."

"L: - Nie znacie życia kur, jesteście ignorantkami. To jest odpowiedzialność, one muszą znosić jaja. Czasami kury znoszą złote jajka.

N: - Chyba w Mediolanie.

L: - Nie - w Rosji.

Ja: - W Rosji to znoszą jaja faberge."

Rozrywka

Na naszej wyspie nudy jak ch... Poza leżeniem, czytaniem, kąpielami, żarciem i piciem nie bardzo było co robić.

GK: "Chyba wejdę do wody. Trochę se wyschnę, zawsze to jakaś rozrywka."

Tłumaczenie

Otóż w Bangkoku zakupiłam sobie preparat z napisem "Hair Treatment" - w małym słoiczku toto, koloru prawie czarnego, o konsystencji mazidła, które rozmazało mi się częściowo po bagażu. Zaciekawiona działaniem tego specyfiku wstukałam z niemałym trudem w google translatora dwa akapity instrukcji w języku tajskim.

Oto co otrzymałam: "Pueblo cierpi przez małżeństwo rozbić miękkiej masy całkowitej dochodu Glen uściski dłoni pon Baca pokonać 20 minut."

Chyba zrezygnuję z tłumaczenia pozostałych 5 akapitów i zaryzykuję wtarcie tego czegoś w łepetynę. W razie uzyskania spektakularnego efektu podzielę się spostrzeżeniami (mam tylko nadzieję, że nie będzie to efekt podobny do tego z "Misia") ;-)

12:08, gonieczka
Link Komentarze (5) »
środa, 06 lutego 2013

Lilę pożegnałyśmy częściowo już wczoraj - o 8.00 rano miała busa na lotnisko, Nel pojechała o 17.00, my - o 20:00. Z Gosią Kotek popłynęłyśmy tramwajem do Pałacu Królewskiego, do którego znowu nie wlazłam, bo raz że upał, 2 - od cholery turystów, 3 - szkoda nam było po te 500 bahtów. Za to wróciłyśmy przez hurtownie dewocjonaliów i sztucznych szczęk piechotką do domu. Pojadłysmy jeszcze trochę i popilyśmy, wydałysny resztę bahtów, przekąpałyśmy pod prysznicem i przebrałyśmy się za kobiety z siatami. Plecak pęka w szwach, a na siaty (suweniry, zimowe ciuchy, mały plecak, lekramówka z kapeluszem, pierdolnik na pas) trzeba by chyba czeklistę zrobić, coby nie pogubić...

08:27, gonieczka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 lutego 2013

Z Gosią Kotek zabalowałyśmy wczoraj do 3 w nocy przy jednym browarze na łeb. Otóż rozmawialysmy sobie na naszym hotelowym patio i kole północy przyszła nas uciszyć pani, której okienko wychodziło akurat na nasz figlownik. Pani okazała się być Belgijką z Wrocławia mojżeszowego pochodzenia, wyrzuconą z naszego tolerancyjnego kraju w 1969. Gawedziłyśmy sobie miło o pokoju na świecie, kryzysie, mniejszościach narodowych i ludzkiej głupocie do momentu, kiedy pani "mily" nie przyszedl zaniepokojony długą nieobecnością małżonki w łożu. Wtedy spojrzałysmy na zegarek...

Po 6 godzinach zjadłyśmy obiad na śniadanie i autobusem miejskim udałyśmy się na bazar weekendowy, gdzie zakupiłam hurtowo lampki oraz piękny, czarny, filcowy kapelutek uszami przypominającymi kocie. Po 2 godzinach wrociłyśmy, pokręciłyśmy się jeszcze po sklepach spożywczo-kosmetycznych i straganach i znowu czekamy na patio na jakiegoś miłego rozmówcę, obserwując kociaka ganiającego 4-centymetrowego karalucha.

04:52, gonieczka
Link Komentarze (3) »
sobota, 02 lutego 2013

Z rana, zgodnie z planem, dałyśmy się zawieźć do jednego sklepu z biżuterią (znanego nam sprzed dwóch tygodni) i gwałtem do drugiego (również nam znanego) w zamian za podwózkę pod Wat Pho - świątynię z ogromnym leżącym złotym Buddą i najlepszym tajskim masażem na świecie.

Chciałyśmy wyć z bólu, ale chętnie powtórzyłybyśmy to doświadczenie.

Ponieważ nasz kierowca tuk-tuka nawiał, jak sie spodziewalysmy (nasycony talonami na wachę od dwóch sklepów), do China Town popłynęłyśmy tramwajem wodnym.

Półtoragodzinny spacer po bazarach nasycił wszystkie zmysły, wyczyścił portfele i przyprawił o mdłości.

Na Rambuttri wrociłyśmy rownież wodą. Tramwaj był 4 razy, bo za pierwszym razem "przepłynęłyśmy" nasz przystanek, a za drugim wsiadłyśmy w taki dziwny tramwaj, co woził tylko z brzegu na brzeg :-) Zapłaciłyśmy tylko 2 razy po całe złoty pięćdziesiąt za bilet. 

Znowu udany dzień.

13:36, gonieczka
Link Komentarze (3) »

Wyruszyłyśmy parę minut po ósmej taksówką, 2-kilometrowym mostem w stronę przejścia granicznego. Szybciutko i bez większego żalu pożegnałyśmy Kambodżę, witając Tajlandię niemalże jak ziemię ojczystą. Wykupiłyśmy bilety na bus (z przesiadką gratis) do Trot, gdzie złapałyśmy pekaes do Bangkoku. Okolo 300 km w 6 godzin.

Znowu nie udało się dotrzeć do Bangkoku za dnia. Przejechałyśmy się za to metrem.

13:35, gonieczka
Link Dodaj komentarz »

Po ciemku jeszcze wygrzebałyśmy się z naszej liścianej norki, jako że na bilecie autobusowym zakupionym parę dni wcześniej jako godzina odjazdu widniała godzina 7:30, a trzeba było jeszcze na dworzec dotrzeć łódką i tuk-tukiem.

Nasze obawy, że dokądś nie zdążymy, bo przecież już jest któraś, coś tam jest o którejś, a coś tam pół godziny się spóźnia, jak zwykle były bezsensowne, bowiem wszystko wydarzyło się, jak to w życiu bywa, w swoim czasie.

A więc: łódka, tuk-tuk, herbatka przy stoliczku, minibus nr 1, minibus nr 2 z sympatyczną Polką z Nicei i Brytyjczykiem, który zostawił gdzieś paszport, "vip bus" nr 1 z rzygającym panem i zdubbingowaną po kambodżańsku strzelanką, "vip bus" nr 2 z romantycznymi teledyskami i postojem w przydrożnym zajeździe, którym Magda Gessler byłaby zachwycona (my, z bogatej oferty wybrałyśmy jedynie coca-colę), tuk-tuk do hotelu.

Koh Kong (tak tak, to miasteczko będące stolicą prowincji z Górami Kardamonowymi, tuż przy granicy z Tajlandią), opisane w przewodniku National Geographic jako posiadające resztki klimatu dzikiego zachodu, lekko nas skonfundowało. Wyszłyśmy z naszego hotelu na spacerek po centrum, ale albo mapa okazała się niedokładna, albo kartograf miał wysoką gorączkę.

/słynny śmierdziel - Pan Durian (nie jadłam - ponoć próba powstrzymania rzygu po buchnięciu odorem zgniłej kapuchy niewarta zachodu - Tajowie mimo wszystko są dumni ze swojego skarbu narodowego: chipsy durianowe są dość powszechne, owoc stanowi dość powszechny motyw na magnesach lodówkowych. Osobiście wolę aromat zleżałej szmaty pod postacią chipsów glonowych)/

Po wielokrotnych nieudanych próbach dowiedzenia się od autochtonów, gdzie jest centrum (natrafiłyśmy tylko na sklepy z wyrobami akcyzowanymi, zakłady fryzjerskie i warsztaty mechaniczne przeplatane czymś w rodzaju mieszkalnych szałasów), stwierdziłyśmy, że widocznie w centrum mieszkamy, udałyśmy się na posiłek w lokalu sąsiadującym z naszym hotelu (połaczony z pogawędka z ww. Brytyjczykiem), po czym na spoczynek w klimatyzowanym pomieszczeniu ze światłem w łazience (normalnie szaleństwo!).

Jako ciekawostka ceny paliwa: od 1050 do 1025 rieli za litr (1 USD=4000 rieli)

13:34, gonieczka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 31 stycznia 2013

Bezchmurne niebo, lenistwo, zepsułyśmy kolejną Jolkę z Wybiórczej, bbq fish, khmerski masaż, happy hours. Jutro dla odmiany pobudka o 6:00.

12:55, gonieczka
Link Komentarze (4) »

Znowu nie bardzo wyspane, ale chociaż tym razem żadna z nas nie natknęła się w kiblu na pająka wielkości dłoni, tak jak jak Nel wczoraj. Od rana troszkę pochmurno, co nas nie zmartwiło, jako że różne części naszych ciał już wołają o mrok. Tym razem plażowanie na drugiej części plaży, gdzie muł na dnie taki sam jak wszędzie. Nawet spadł deszcz. Ze 4 krople. Wieczorkiem happy hours.

/sleeping howlers/

12:51, gonieczka
Link Komentarze (1) »

Psy wyły całą noc na zmianę z kogutami (znaczy koguty piały, nie wyły), a my niedługo zaczniemy wyć z nudów.

Rybek nie ma, tylko pojedyncze krabiki popylają po piasku, jak tylko przywoźni turyści trochę się rozpierzchną.

Z nudów żremy jak świnie. O diecie wegańskiej można zapomnieć. Ryby, jajka, głowonogi i skorupiaki musiały wrocić do łask. Dokarmiane psy przed nocnym wyciem zwracały resztki z kolacji. Teraz leżą na zacienionym piasku lub przewracają się na siedząco.

Po kąpieli poplażowej zeksplorowałyśmy krzaki za skalistym cypelkiem, gdzie znalazłyśmy kolejne dwie plaże zagospodarowane przez rybaków i hodowców drobiu i trzody chlewnej. W planach jeszcze eksploracja drugiej części wyspy, za komisariatem (sic!). Klabing po lokalach gastronomicznych - przypomniałyśmy sobie, jak się gra w tysiąca :-)

12:48, gonieczka
Link Dodaj komentarz »

Za 15 szósta czekał na nas tuk-tuk. Autobus też ruszył o czasie, czyli tym razem wszystko wyjątkowo odbyło się punktualnie. 4-godzinna podróż minęła jak z bicza strzelił w akompaniamencie pochrapywań kambodżańskiego towarzysza podróży i śpiewnej mowy towarzyszy zza naszej wschodniej granicy emitowanej przez dziecko płci męskiej, co i rusz przeplatanej aromatem pawików tegoż dziecięcia.

W Kep szybciutko zorganizowałyśmy sobie transport łódeczką na wyspę, gdzie ulokowałyśmy się w pierwszym z brzegu "resorcie". Luuudzieee! Mamy chatynkę z łazienką!

Problemy z wodą w prysznicu zostały szybko opanowane przez rozwiązanie węzełka na wężu. Szybko zeksplorowałyśmy lokale gastronomiczne na całej, 300-metrowej plaży, poczem zażyłyśmy kąpieli morskiej i pod ww. prysznicem. Wieczorkiem udałyśmy się do wcześniej obczajonej knajpy. Zamówiłyśmy porcje w wersji small i zarówno my, jak i okoliczne psy nażarłyśmy się jak świnie. Nieoczekiwanie, najmilszym akcentem wieczoru okazało się płacenie rachunku. Po pierwsze, nie był on zbyt wysoki w stosunku do ilości i jakości podanego nam żarcia, a po drugie, z powodu ućwierkanego, na oko nieletniego, kelnera, biesiadującego wcześniej przy sąsiednim stoliku z panem rasy białej. Proste dodawanie przerosło możliwości chwiejącego się na nogach, z pięknym uśmiechem na ustach, chłopca. Uzupełniłyśmy rachunek o brakujące 5,5 dolara, a następnie udałyśmy się na spoczynek do naszej chatynki, zastanawiając się nad rozmiarem niebezpieczeństwa używek białych ludzi. Jutro planujemy klabing po wszystkich 6 restauracjach.

12:39, gonieczka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 stycznia 2013

Kierowca umówiony wczoraj nie przyjechał, ale szybko znalazłyśmy innego. Bazar Rosyjski - wyszłam krótsza o 60 usd, za to z jedwabiem i ze srebrem. Killing Fields

- mimo niewątpliwych okropności wrażenie niewielkie w porównaniu z następnym punktem: Tuol Sleng, gdzie więzienie, sale przesłuchań, izolatki - i zdjęcia, mnóstwo zdjęć ofiar i katów...

Mimo że (albo ponieważ) wiemy co nieco o tym, co się tam działo (ja świeżo po obejrzeniu filmu "S21 The Khmer Rouge killing machine" i przeczytaniu historii Kambodży), wyszłyśmy wyczerpane psychicznie. Po wszystkim pan podrzucił nas pod ręcznie "na oczach" robione noodle, gdzie nażarłyśmy się niemiłosiernie.

Po małej przerwie w hotelu poszłyśmy w stronę pobliskiego Pałacu Królewskiego. Mimo że dziś zamknięty - przeżycie niesamowite. Pod pałacem tysiące mnichów i mieszkańców stolicy żegnało króla Sihanouka zmarłego w zeszłym roku. Na 1 lutego przewidziana jest kremacja ciała monarchy. Miasto szykuje się do imprezy masowej. Chodniki malowane na szaro, krawężniki na biało, mnóstwo białych kwiatów i mnóstwo ludzi palących świece. Śpiewy i modlitwy.

Potem ruszyłyśmy w stronę poczty, coby nadać kilka pocztówek. Na szczęście po drodze w sklepie, w którym kupowałyśmy wodę, zauważyłam znaczki. Poczta oczywiście była zamknięta, ale przez kraty ujrzałyśmy panie w okienkach. Zapytałyśmy, czy można zostawić kartki. Panie odpowiedziały, że musiałybyśmy mieć znaczki :-) Kartki rzuciłyśmy zgodnie z instrukcją pań przez kraty na podłogę.

/drop box/

Jeszcze krótki spacerek przez nocny bazar do hotelu i już możemy pakować bambetle na jutrzejszy wyjazd 6:45 do Kep. Być może będzie przerwa w nadawaniu, bo wybieramy się stamtąd na wyspę bez prądu, za to z rafą i rybkami. Seeya!

14:30, gonieczka
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 stycznia 2013

O 6 rano czekałyśmy ze wszystkimi bambetlami pod hotelem. 15 po dalej czekałyśmy pod hotelem. 25 po również. Zaczęłyśmy się niepokoić, jako że odjazd o 7.15, a do przystani 40 minut jazdy. Poprosiłyśmy pana z recepcji, żeby zadzwonił na numer podany na bilecie. Nikt nie odebrał. Około 6.30 na horyzoncie pojawił się wyładowany turystami pick-up (na kopercie z biletami pani napisała 'pick-up 6.00', wiec przynajmniej w kwestii środka transportu nie kłamała). 2 Gosie weszły, na pakę, mój plecak też, a Lilka i ja upchnęłyśmy się w szoferce.

Jeździliśmy niespiesznie po mieście jeszcze z pół godziny. Coś zaczęło stukać w samochodzie, pan kierowca trochę poklął, po czym kontynuował swoją (i naszą) przejażdżkę.

Łódka miała ruszyć o 7:15. a ruszyła o 9:00.

Po drodze zaliczyliśmy naprawę - coś się ponoć w śrubę wkręciło i obsługa nurkowała w brązowych odmętach. Pan w szortach, wracając do budki kapitańskiej, otrzymał brawa.

Do Pnom Penh dopłynęłyśmy przed 16.00, znalazłyśmy 50-metrowy apartament, zjadłyśmy pychotki w hotelowej knajpce i mamy umówionego na jutro kierowcę, który obwiezie nas po atrakcjach stolicy. Jeszcze mały spacerek po zatłoczonej stolicy i idziemy w kimono.

14:02, gonieczka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 stycznia 2013

Dupy powoli wracają na swoje miejsca. Rano migiem dojechałyśmy do Koh Ker, po drodze zakupiwszy bilety na 2 atrakcje, których nie obejmował nasz 3-dniowy Angkor pass (tylko Roluos wliczony). Ludu tyle, co na lekarstwo, wiec podobało się. Koh Ker: pojechałyśmy tam głównie do mexican-style piramidy, na której szczycie znajdują się ponoć wrota piekieł. Pierwsza grupa świątyń była ekstra - całkiem nierozsypana, drzewa oplatające korzeniami wejścia i wogle git.

Druga - w stylu cmentarnym z inskrypcjami na framugach, już w większej rozsypce.

Trzecia grupa - oddalone od siebie 3 świątynie lingama - tylko drugi fiutek zachował się w jako takim stanie. Pierwszy, do którego pofatygowałyśmy swe szanowne, był nadgryziony zębem czasu, trzeci chyba tylko w stanie szczątkowym. Wszystkie falliczne świątynie zbudowane z ogromnych zaokrąglonych głazów.

Samo Koh Ker - ruina - kupa kamiennych bloków. Sama piramida w stanie prawie idealnym, za to drewniane drabinki na nią - w rozsypce, więc i zakaz wejścia. W diabła sempiternę żeśmy więc tym razem nie zajrzały.

Beng Melea - kiedyś na pewno coś pięknego i wielkiego, teraz jedna wielka kupa głazów z drewnianymi pomościkami wewnątrz dla turystów, coby sobie mogli studenci architektury popatrzeć, jakie konstrukcje nie sprawdziły się starożytnym Khmerom - mnóstwo pozawalanych kamiennych sklepień, wszędzie mnóstwo kamieni. Troszkę się jednak ostało, więc było warto. Na miejscu nawet czołówka się przydała, bo był kawałek ciemnego korytarzyka. W planie podróży miałam ten kompleks opisany jako "świątynia z tralkami - ładna" - ciężko w necie znaleźć jakiekolwiek więcej mówiące fotki. Efekt był taki, że zobaczyłyśmy coś większego i piękniejszego niż się spodziewałyśmy. Poniżej chyba najlepsza kolekcja fotek ;-)

W drodze powrotnej zahaczyłyśmy jeszcze o ruiny oddalone o paręnaście kilometrów od Siem Reap, zwane Grupą Roluos, w której królują budowle ceglane, całkiem-całkiem, miejscowi archeolodzy próbują rekonstruować ozdobne tynki, tylko cuś wolno im to idzie.

/urwana dupa/

/stojak na wino/

/episto/

/w amoku (grzebanie łyżką)/

Jutro o 6 transport na przystań, skąd 6-godzinnym rejsem udajemy się do stolicy.

13:57, gonieczka
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 stycznia 2013

Opłacało się wstać o piątej. W Preah Khan byłyśmy pierwsze, co sprawiło, że urwało nam dupy. Ogromny labirynt świątyń w promieniach wschodzącego słońca, drzewa wrastające w kamienie, ptaki drą ryje. Łzy zachwytu.

Dalsze świątynie pozostawiły resztę części ciała na swoich miejscach.

 

W odległym o około 25 km Banteai Srei najdłużej podziwiałyśmy modę przedstawicielek najludniejszego kraju świata. Koronkowa robota kamieniarzy oglądana w ogromnym tłoku.

Potem pojechaliśmy do Kbal Spean, obejrzeć wodospady i rzeźbione dno rzeki. Ani jedno, ani drugie nic nam nie urwało, ale grzechem by było nie skorzystać. Nogi z pewnością będą bolały, bo 3 kilosy po głazach ze zmianami poziomu, żeśmy zrobiły.

W drodze powrotnej pan nas wysadził pod jeszcze jedną świątynią, ale nasze zapały trekkingowe wygasły. Tylko Gosia Kotek wdrapała się po schodach. Reszta z nas przycupnęła na najbliższym murku.

Już w Siem Reap zakupiłam 3 dupne prysznice ku uciesze bazarowej gawiedzi. Spragnione normalnego żarcia kupiłyśmy materiał na surówkę, którą wykonałyśmy i spożyłyśmy w hotelu.

Jutrzejsza wycieczka zaplanowana, taksa będzie u nas o 8.00. Mamy też bilety na prom do Pnom Penh na pojutrze. Plaża coraz bliżej:-)

13:51, gonieczka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 22 stycznia 2013

Zamówiłyśmy transport na 8.30, czyli bardzo późno, ale po wczorajszych wrażeniach nie dało rady inaczej. Widziałyśmy dzisiaj to samo, co 3 lata temu z Maniutkiem, od 5 rano przemieszczając się rowerami. Z jedną tylko różnicą, że to, co widziałam wtedy (szczególnie na początku trasy, w promieniach wschodzącego słońca), to był zupełnie inny Angkor. Wtedy stonka oblepiła nas dopiero na wysokości Ta Prohm (tej od Lary Croft, z korzeniami drzew obrastającymi mury).

/budowniczowie Angkoru/

/jw./

Teraz, delikatniej mówiąc, jest ludniej. I niestety jest to chyba kwestia wyłącznie pory dnia. Groblą Angkor Wat przewalają się takie same tłumy, jak te 3 lata temu.

2 podstawowe zasady: start o 5 rano i jazda pod prąd. Upał, jak zawsze o tej porze, nieznośny. Bandana na głowie schnie ok. 5 minut. Mokra koszula - 15 minut. Staramy się nie opalić.

Jutro ruszamy na duże kółko o 5.45. Nie pod prąd, ale z pominięciem głównej atrakcji wschodosłońcowej.

11:07, gonieczka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013

O 8.30 ruszyłyśmy spod hotelu. Gps pokazał 365 km do celu. Po kilku godzinach jazdy i 2 postojach dotarłyśmy do granicy. Standardowe naciąganie na kasę, z półtorej godziny w 2 kolejkach po pieczątki w 40-stopniowym upale w towarzystwie wytatuowanych Rosjan i uroczego pół-Marokańczyka z Ejlatu, który najwyraźniej przyjechał do Kambodży w celach matrymonialnych lub rozrodczych, nie zadbawszy o podstawową edukację i zapomniawszy o spojrzeniu w lustro. Obserwacja szybko krążących paszportów i pieniędzy zmieniających właścicieli (oba zjawiska mocno powiązane).

Kolejna jazda autobusem. Na postoju w toalecie u powały kabel zakończony pętlą.

Na rogatkach miasta zaczęło się azjatyckie robienie w bambus. Autobus zatrzymał się przed miastem. Kierowca powiedział, że do miasta jest 6 km. Dopadli nas tuktukowcy. Pierwszy wyśmiał nas, jak powiedziałyśmy, że chcemy hotel z klimą za 10 dolarów. Za kurs do miasta zażyczył sobie 8 usd. Wynajęcie tuktuka na cały dzień kosztuje 15-20 dolarów, wiec cena nie była okazyjna, ale też pora nie była wczesna. Stanęło na 6 do centrum. Pan po przejechaniu góra 3 km, pół kilometra od centrum kazał nam wysiąść, bo ponoć bał się policji (prawie wisiałyśmy z plecakami na zewnątrz). Potem zaczął się na nas drzeć. Dołączył do niego drugi, że niby nie jesteśmy królami, więc nam się nie należy specjalne traktowanie. Wobec niespełnienia mojej prośby o niedarcie jaźwy, zaprezentowałam swoje możliwości wokalne i pan podwiózł nas jeszcze kawałek. Hotel znalazłyśmy 200 metrów dalej. Cichutki, czyściutki, z klimą, za 12 usd. Blisko centrum. Siedzimy na kolacji. Już jutro możemy ruszyć na eksplorację cudu świata. 18 dolarów za małe kółko tuktukiem plus urzędowe 4 dychy za trzydniowy bilet. Amen.

16:56, gonieczka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 stycznia 2013

Obudził mnie głód. Ruszyłyśmy na śniadanie i podbój Bangkoku. Po wykupieniu transportu na jutro do Kambodży, porcji pad thaia i sajgonek ruszyłyśmy na Khao San.

/boskie springrole/

/kultowe Kao, nadzwyczaj spokojne za dnia/

/gniazdo tuk-tukowców na "naszej" Rambuttri/

Po drodze wyhaczył nas tuk-tukowiec. Obiecał obwieźć po 5 świątyniach w zamian za 50 gr polskich ode łba i jedną wizytę w sklepie z biżuterią. Jak się okazało, kierowca dostaje za przywiezienie turysty 5 litrów paliwa, a za przywiezienie turysty kupującego - 10. Efekt tego dealu był taki, że obejrzałyśmy 2 świątynie i 2 sklepy, po czym dziad nam nawiał. Szybciutko jednak znalazł się kolejny, który za tradycyjne 50 gr ode łba (których tamten nie zdążył odebrać) i 1 wizytę w sklepie odstawił nas pod hotel.

Po tych wrażeniach oddałyśmy się rozkoszom cielesnym. Najpierw rybki oskubały nam nóżki, a potem miłe starsze panie przez godzinę wykręcały nam kończyny, łaziły po nas i dźgały patyczkami.

Tak urozkoszowane zakończyłyśmy dzień kolacją i nieudanym zamieszczeniem notki. Wykupione w hotelu wi-fi padło akurat w momencie kliknięcia "publikuj". Perłę (tu ukłon dla Browarów Lubelskich i wszystkich Małgosiek) literatury podróżniczej szlag trafił.

16:47, gonieczka
Link Komentarze (3) »
sobota, 19 stycznia 2013

Doleciałyśmy zgodnie z planem. Złachane jak bure suki siedzimy w knajpie, nażarte, pijemy Changa i niedługo idziemy złożyć swe boskie ciała w pięknej noclegowni. Frankfurt przeżyłyśmy z pomocą niemieckich browarów. Lot w towarzystwie Polaków przebiegł gładko. Ja na podłodze, Gosia na fotelach - szybko straciłyśmy przytomność po paru kieliszkach czerwonego trunku.

Aha, jako vege żarcie na śniadanie dostałyśmy ryż z pęczakiem. Już wiem, co tygrysy lubią najbardziej ;-)

14:16, gonieczka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 stycznia 2013

Miało być inaczej, ale jest tak jak jest... Trzy Gosie i Lilka. Miało być po raz drugi z Maniutkiem, ale w międzyczasie Maniutkowi znudziła się materia ziemska i postanowił eksplorować inne wymiary. Relacja z pierwszego wyjazdu tu: http://tajlandia2010.blox.pl/html

Plan jest następujący:

Pierwsze wylatujemy my, czyli Gosia Kotek i Mła - via Frankfurt (gdzie Helgi okrutne przez 9 godzin będą nas bacznie obserwować, muszę pamiętać o heksagramie na szyję), druga wylatuje Nel, która po drodze będzie miała Katar, a na koniec ze słonecznej Italii wylatuje Lilka, która po drodze zakosztuje Muscatu.

Spotkamy się na lotnisku w Bangkoku. Nel poczeka na nas i już we trzy poczekamy na Lilkę, poczem dyliżansem udamy się na spoczynek do któregoś z przybytków w jakże cichej okolicy stolicy Syjamu, czyli Rambuttri/Kao San.

Z dalszych planów: w poniedziałek busik/taxi do Siem Reap, tam dogłębne zwiedzanie Angkoru i przyległości, potem, pewnie z zahaczeniem o jezioro Tonle Sap udajemy się do Phnom Penh, gdzie też obglądamy wszystko, co nam wpadnie w oko, a na koniec prujemy na wybrzeże, gdzie zamierzamy zaszyć się na parę dni na wyspie (najlepiej bez prądu). Potem Bangkoku, ostatni szoping i 4-5 lutego to samo ćwiczenie co 18-19 stycznia, tylko w drugą stronę (tym razem bez tak długiej męki przesiadkowej). Plany oczywiście mogą ulec małym modyfikacjom, będziemy się meldować przy każdej nadarzającej się okazji, co może oznaczać, niezbyt często.

PS. Frankfurterek żreć nie będziemy.

19:52, gonieczka
Link Komentarze (3) »